Przejdź do treści

Fragmenty zapisków wspomnieniowych

Jechaliście rowerami i zaraz za Obuchowizną las – przestrzeń – las. I w tej przestrzeni, po prawej stronie, gdzie potem często widywałeś pasące się krowy, wąziutka, niska mgła zamazywała stadko jeleni tak jakoś dokładnie w połowie. Siedemdziesiąt centymetrów nad ziemią. Widać było stojące w rządku nogi i podniesione nad kreską mgły głowy. Patrzyły na was, ich głowy obracały się bardzo powoli, jelenie odprowadzały wzrokiem dwoje rowerzystów widzianych po raz pierwszy i ostatni. Wtedy jeszcze nie mogłeś wiedzieć, że taką mgłę tuż przed swoją twarzą, od podłogi po sufit, gęstą i lepką, mgłę jak budyń, po trzydziestu dziewięciu latach będziesz miał na sali pooperacyjnej w twoim mieście, które jest twoim miastem dzięki tamtej rowerowej podróży z mamą. Z ogromnym wysiłkiem, nawet bólem, usiłowałeś utrzymać wzrok na poruszającym się bezgłośnie niewielkim prostokąciku bieli raz widocznym ostrzej, raz jakby odpływającym i wtapiającym się w tę mgłę. Na wysokości brzucha. Nie dałbyś głowy, ale tak tę wysokość określiłeś. Było cicho jak w niebie i nic ciebie nie dziwiło. Zasypiałeś, budziłeś się, zasypiałeś. Kiedy po kilku dniach żegnałeś się z młodziutką pielęgniarką w białym fartuchu, zauważyłeś jej stukające o podłogę drewniaki.

Wykręciłeś na rowerze setki kilometrów. Byłeś Gazdą i Fornalczykiem. Nazywałeś się Kapitonow. Jeździłeś do miasta, do rzeki, do Sztabina, pamiętasz słynne jazdy nocne, bez świateł, przez las, kiedy to jedynym widzianym i widocznym kawałkiem świata był kawałek tylko trochę jaśniejszego nieba nad drogą. Patrzyłeś w to niebo i zawsze dojeżdżałeś.

Nigdy przedtem ani potem nie jechałeś z mamą. Miałeś czternaście lat, był rok, który tak samo odczytywałeś ty i siedzący naprzeciwko twój starszy brat. Rok 1961. Zabawialiście się poszukując, kto pierwszy, najbliższej daty do takiego obustronnego czytania. Znaleźliście 6009. Jeśli ktoś w tym właśnie niewyobrażalnie odległym roku będzie z kolei szukał daty poprzedzającej, niech wie, że 4048 lat temu jechał ktoś rowerem ze swoja mamą do Liceum Pedagogicznego w Augustowie, że wstał rano, bo musiał zdążyć na godzinę siódmą, że lubił jeździć, ale bał się egzaminu i że nikogo nie zna. I że wyszło mu na spotkanie stadko jeleni żeby powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Tak właśnie wtedy pomyślał, bo chciał żeby tak było. Potem już zawsze szukał w oknie pociągu choćby drobnego zajączka w kapuście przy torach i widząc go czuł, że, tak jak wtedy, wszystko będzie dobrze.

Chłopiec nie wiedział, że spotka tam panią od polskiego, do której po czterdziestu latach napisze swój pierwszy list. I dwóch takich z Mogilnic. Że będzie tam Kazik, który pięknie strzelał znad strefy. Kazik, mistrz w pchnięciu kulą, zajmie pierwsze miejsce w plebiscycie na najlepszego sportowca szkoły. On drugie. Po latach Kazik będzie żył z przeszczepionym sercem sąsiada, a jemu fachowo wszyją dwie nowiutkie zastawki. Nie wiedział, że spotka wielu przyjaciół i dziewczynę, z którą, jak z wieloma spotkanymi dziewczynami, zamieni raptem dwa słowa – gadatliwy zrobi się dopiero na starość – i która z nim będzie już na stałe, wcale o tym nie wiedząc. A on będzie uważał, że to nie szkodzi, że to zupełnie nie szkodzi…

Ale to już Augustów i później.

Najpierw był Kopiec.

Idąc z podwórka na drogę, przez płot i gałęzie posadzonego rękami twojego dziadka dębu widzisz kawałek pejzażu, który jest z tobą od zawsze. Olchy przy płytkim rowie w stronę rzeki, po którym jeździłeś od pierwszego lodu, najpierw na jednej łyżwie, którą dostałeś od sąsiada. Na jego stary, długi, połączony z oborą dom patrzyłeś jedząc przy stole łazanki z cukrem. W dzieciństwie lubiłeś łazanki z cukrem. Heniek, kiedy go zapytałeś ile kosztuje, tata koniecznie o to kazał zapytać, odpowiedział poważnie i krótko – worek pieniędzy. I wyszedł za tobą, a ty przez całą drogę się bałeś, że zawoła – zaraz, zaraz, najpierw ten worek, łyżwa potem. Miałeś 4-5 lat i jeszcze wczoraj odpychając się lewą nogą ślizgałeś się na podbitym drutem kawałku drewienka. A kiedy trochę podrosłeś pamiętasz jak twój tata stawiał Heńkowi już nowy dom, tak frontem do drogi, jak twój dom, pamiętasz, że był koniec maja i szpaki przy budce na jesionie krztusiły się od śpiewu, że krowy od dawna pasły się na pastwiskach i że wtedy właśnie przyszedł ten grad z wiatrem na skos. Widziałeś zdziwione krowy poustawiane równiutko pod linijkę zadami do tego wiatru. I pamiętasz przykrość jakiej doznałeś, kiedy po kolejnym roku, już w Augustowie, nie zastałeś jesionu z budką dla szpaków. 

Więc olchy po lewej, potem dużo głębokiej przestrzeni, łąki ze stogami siana, które można było zwozić saniami dopiero przy prawdziwym mrozie. Żeby konie już nie zapadały się po pachy. Aż do melioracji tak. Potem nie trzeba było czekać zimy. Przez kilka ładnych lat pracowałeś tu z grabiami w słońcu i z gołymi plecami. Z gołymi plecami byłeś pierwszy. Tę modę na krótko przejął Heniek, który ci sprzedał łyżwę za worek pieniędzy i który z rodziną wyjechał za morze. Zobaczyłeś go niedawno na pogrzebie swojego taty i przez cały pogrzeb nie wiedziałeś kto to. Dalej był młodniak, w nim okopy, z których tata przynosił po wojnie resztki podłogi, okna, drzwi i okiennice własnego domu. Tam na powojennych minach ginęli ładni chłopcy i ładni chłopcy zostawali bez rąk.

Bywałeś na tych łąkach sam ze sobą, kiedy cichutko i biało, na nartach zrobionych z prostych desek, szedłeś tropem zająca, sarny. Zachwycał ciebie widok stadka drobniutkich ptaków zrywających się tuż przed tobą, tworzących w powietrzu ruchomą, zmieniającą się w kształcie i kolorze plamę. Jak kiedyś towarzyszący ci długo w drodze od rzeki żywy słup komarów. Myślałeś o życiu i dziewczynach. Zawsze się myśli o życiu i dziewczynach.

Dalej już tylko zamykająca niebieskawa smuga lasu. Niebo. Całość podana równiutko jak na stole. Gdyby nie ten las, wiesz to, widziałbyś Amerykę. To wszystko? Po prawej można dodać znów olchy i tak zwany chwast drzewny, który tata, kiedy pastwisko było już wasze, pracowicie karczował, wycinał i spalał. Szedłeś pod wieczór przyprowadzić krowy, otwierałeś wrota, wołałeś – myzia, myzia – i jedna, ta z niesymetrycznie zakrzywionymi rogami, podnosiła głowę, patrzyła na ciebie, mówiła – ach, tak – ruszała pierwsza, a za nią rzędem pozostałe. No, jeszcze trzeba dodać głosy ludzi i zwierząt, głosy, które znałeś od zawsze. Czasem rozciągnięty pasek mgły. Ale to nie jest konieczne. Zachód słońca. Słońce czerwone było na wiatr. Tak mówiła babcia Franciszka. I tak było.

Ten może prosty, skromny i nie przeładowany słodkościami pejzaż uważasz za najpiękniejszy jaki w życiu widziałeś. Może nie byłeś obieżyświatem, poznałeś tylko kawałek Polski, jeszcze mniej Finlandii, Niemiec i Rosji. Ale, mimo wszystko, widziałeś wiele miejsc cudownych. Ale te cudowne w swoim pięknie miejsca były dla ciebie puste i bez treści. Nie podważasz ich piękna. Ty tylko ponad nie przedkładasz widok na zachodzące słońce, widok z twojego podwórka w Kopcu.

Obrazki w licealnej stołówce. Za szkłem, w ramach. Na ścianach między oknami i cały ciąg na tej od strony hallu. Wszystkie kolorowe i wszystkie malowane na lekcjach rysunku prowadzonych przez panią Wasilewską. Wiesz, że wisiało dzieło dziewczyny o najpiękniejszym ze wszystkich szkolnych dziewczyn nazwisku „Białosuknia”. Nie przypominasz sobie co przedstawiało, ale widzisz jak dziś „Martwą naturę z kwiatami” Krystka, tak przy oknie, bliżej kuchni. I to chyba przez to właśnie niedomknięte okno wchodziliście na paluszkach któregoś zimowego ranka niewielką grupą z nocy u Haliny, kiedy to, pamiętasz, zapoznałeś się również z Młynarskim. Kwiatki na obrazku Krystka kwitły kolorami zasadniczymi i dopełniającymi w pełnej harmonii, zauważyłeś przewagę kwiatów niebiesko-fioletowych, które uznałeś za irysy. Wszystkie zgodnie stały w niewysokim, pękatym naczyniu bez ucha i to naczynie na biały obrus stołu, sądzisz, że stało na stole, rzucało ciemny, zanikający cień. Im dalej, tym delikatniejszy. Na prawym boku ceramicznego, tak ci się wydaje, miało żółto-brązowy kolor, pękatego naczynia był namalowany blik światła i ty mogłeś się domyśleć, że jest w kształcie malutkiego okna.

Krystek był starszy i opuścił szkołę przed tobą, ale ty wciąż miałeś przyjemność obcowania z jego sztuką i zawsze chciałeś być choć w części tak zdolny jak on. I chciałeś, żeby twój obrazek też wisiał w stołówce twojego internatu.

Do Ełku poszedłeś ze strachu przed szkołą z prawdziwymi dziećmi. Dziś wiesz, że bez niego nie byłoby Gdańska. Z czym byś tam pojechał? I przecież w ogóle nie miałeś pojęcia o istnieniu, na przykład, historii sztuki. To w Ełku dowiedziałeś się o Suberlaku, którego bajkowa wyobraźnia tak pasowała do bajkowej wyobraźni ukochanego przez ciebie Tadeusza Nowaka. A kiedy wasza grupka z SN-u szukała w Toruniu krzywej wieży, ty, pamiętasz, zauważyłeś duży plakat zapraszający ciebie na wystawę grafik Stanisława Fijałkowskiego. I stałeś przed nimi oszołomiony – Boże, to wolno i tak? I ten stan oszołomienia bywa w tobie do dziś przed pracami ludzi, których kochasz, lubisz i szanujesz, i których prace zdarza się tobie nawet mieć w swoich skromnych zbiorach.

Razem z Suberlakiem, Fijałkowskim i ze swoim młodziutkim nauczycielem Maksymilianem jesteś w pięknym albumie „Grafika polska – laureaci międzynarodowych wystaw 1950 – 2000”. Jeśli powiesz, że kiedyś o tym marzyłeś, to skłamiesz.

Maciąg, Nowosielski, Brzozowski. Plener. Zadanie: wschód słońca. Każdy malował inaczej i każdy inaczej o malowaniu mówił. Zapamiętałeś kilka myśli, według ciebie, dziwnych:

„Kontakt z tematem nie jest mi potrzebny do namalowania obrazu” – Brzozowski.

„W mojej wyobraźni obraz powstaje dużo wcześniej, przed przystąpieniem do malowania” – Nowosielski. „Maluję nie to co widzę, ale to, co wiem. Końcowy rezultat jest dla mnie dużą niespodzianką”.

W Ełku, w sali wykładowej, w której już pierwszego dnia zobaczyłeś tę najładniejszą dziewczynę, oglądaliście film. Był Cześ, obecności Maksymiliana nie pamiętasz. Mówiłeś już, że miałeś szczęście do dobrych nauczycieli i dobrych szkół.

Za swoją najlepszą szkołę uważasz Studium Nauczycielskie w Ełku.

Bez Ełku nie byłoby Gdańska…

Więc zbliżała się końcówka twojego studiowania i ty znów próbowałeś uciec od szkoły z prawdziwymi dziećmi. PWSSP dosłała zawiadomienie, że komisja rekrutacyjna, po obejrzeniu prac, zaprasza na egzamin wstępny, który odbędzie się w gmachu i dnia. Te prace to pierwsze w życiu linoryty odbijane na kalce technicznej farbą olejną tobie tylko znanym sposobem. Wrażliwe, kulisiewiczowskie rysunki piórkiem na mokrym papierze i, byłeś wszechstronny, dwa obrazki malowane temperą zmieszaną, dla faktury, z miętową pastą do zębów. O ludziach pracujących w gdańskiej szkole miewasz zdanie różne, ale tamtej komisji egzaminacyjnej serdecznie i szczerze gratulujesz fachowości.

Twoje prace zmieściły się w tylko trochę większej kopercie, wysłałeś je razem z podaniem, które, pamiętasz, pisałeś na brudno w ciszy i spokoju za polem z zielonym już kartofliskiem, siedząc w młodej trawie. Wstydziłeś się swojego pomysłu przed kolegami, za wysokie progi, i powiedziałeś wszystkim o wszystkim dopiero wtedy, kiedy już miałeś w ręku zaproszenie na egzamin.

Twoja radość, jak to często u ciebie bywa, była radością częściową. W tych pięknych czasach trzeba było mieć zezwolenie na studia, tak ten dokument chyba się nazywał, zezwolenie przypieczętowane i podpisane przez dyrektora Bartla. Wszyscy byliście świadomi, że kraj wydał na was dużo pieniędzy i czekał z nadzieją, że zaczniecie je spłacać swoją pracą nauczycielską. Kraj przygotował wiele ofert, wiele adresów i większość kolegów miała już podpisane, był maj, wstępne umowy o pracę ze szkołami rozsianymi po całej mapie. Dyrektor zorganizował spotkanie kierowników szkół z wami dla waszego dobra i należało tę jego dalekowzroczną zapobiegliwość docenić. I zapowiedział żeby nie próbować z dalszymi studiami, on nie będzie wydawał pozwoleń, takie polecenie kuratorium, każdy nauczyciel na wagę złota, kaganek oświaty, koniec, kropka.

I właśnie wtedy, nie po raz pierwszy w twoim życiu, wydarzył się cud. Kiedy już czułeś, że na bilet do Gdańska nie wydasz ani grosza, że zaoszczędzone pieniądze spożytkujecie po skończonym w terminie SN-ie jak należy i jak się zdarzało ze zbędnymi pieniędzmi – z przyjaciółmi, którzy za chwilę z dyplomami już w kieszeniach rozjadą się w świat – i kiedy oglądałeś na sklepowej półce to wasze wino, Cześ, który sprawę znał i który, wiesz to, był z tobą nie pokazując tego po sobie, zaczepił ciebie na korytarzu z wyciągniętą ręką – daj ten papier, dyrektor wyjechał, idę do Myszczyńskiego. I położył palce na usta. Pan Myszczyński uczył rosyjskiego. Masz wrażenie, że za trzy lata to jego widzisz w leningradzkim Ermitażu, zbyt szybko ze swoją grupką skręca do impresjonistów, tak się wydaje. Był wicedyrektorem i na pewno z Czesiem się lubili. Trwało sekundy. Te sekundy z opiekunem waszego roku Czesiem, panem Myszczyńskim i nieobecnym dyrektorem Bartlem zadecydowały o twoim życiu.

Czasem myślisz – a co by było, gdybyś o tej godzinie, minucie i tej sekundzie był na korytarzu piętro wyżej? Gdyby dyrektor B nie wyjechał? Gdyby Cześ zapomniał o tobie? Życie potoczyłoby się dalej swoim niebieskim torem. Ale dla ciebie byłoby to już inne życie…

Tu trwał gorący czas egzaminów kończących wszystko, tam, w Gdańsku, stałeś samotnie przy zamkniętych drzwiach Zbrojowni. Kilka lat temu za tymi drzwiami, w pasażu, zastąpiła tobie drogę Cyganka z wiadomością o twoim 96-letnim życiu. Co chwilę zerkałeś na niewielką czerwoną tabliczkę z napisem: „Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Gdańsku”. Byłeś szczęśliwy, wypoczęty i pełen energii. Jechałeś pociągiem czujnie, z wysuniętą głową przez otwarte okno na korytarzu chłonąłeś nocne pejzaże, które potem będziesz widział wiele razy i na pewno nie zmrużyłeś oka, bo nie chciałeś, pociąg jechał do Szczecina, przegapić miasta, które będzie już twoim miastem, w którym znajdziesz żonę i w którym urodzą się wasze dzieci. Wysiadłeś o 4:00 rano, pytałeś, błądziłeś, pod szkołą muzyczną znów nie wytrzymujesz i znów patrzysz na kopertę z adresem, i znowu wiesz na pewno, że wciąż pytasz o dobry adres, dopiero kolejny, rzadki przechodzień, poranny ptak, wskazuje prawdziwą drogę na Targ Węglowy. Więc przed szóstą stałeś pod Zbrojownią i, co miałeś robić, czekałeś na otwarcie o ósmej. Egzamin o dziewiątej. W pożyczonych od Makarego jasnych spodniach, wiedziałeś, że dobrze jest mieć na sobie coś pożyczonego, torba leciutka, płaszcz ortalion, piżama, koszulka, skarpety, kilka słoiczków farb, pędzel. Duży blok rysunkowy, potrzebne były twarde okładki w charakterze podobrazia, kupiłeś tuż przed wejściem na salę, w kiosku przy teatrze. W teatrze później zobaczysz dwóch aktorów, których zawsze będziesz szanował – Stanisława Igara i Henryka Bistę.

Malowałeś pięknie, kolorowo, jak Cybis, którego obrazy widziałeś zeszłego roku na wystawie w Muzeum im. Marii Konopnickiej w Suwałkach. Naprawdę, nigdy nie wiesz co w twoim życiu okaże się ważne. Pewien niewysoki, cichy człowiek, który ustawiał martwą naturę z dzbankiem, zatrzymał się przed twoim dziełem i powiedział – pan to już chyba kiedyś malował. Może można było to zinterpretować na dwa sposoby, ale ty poczułeś się całkiem szczęśliwy, pewny siebie, Boże drogi, i nie zapomnisz Hugonowi tego nigdy.

Zawiadomienie z gratulacjami z okazji przyjęcia do grona prawdziwych studentów, z propozycjami mojej obecności w sekcjach koszykówki, siatkówki i lekkiej atletyki przyszło od prezesa AZS przy PWSSP Jurka Brzuskiewicza. Jurek zawsze świetnie grał w kosza. Zobaczę się z nim po trzydziestu pięciu latach, będę miał u niego, prezesa ZPAP Toruń, wystawę swoich linorytów i to Jurek jako pierwszy zwróci uwagę na zbieżność charakteru pisma tych linorytów z – pokazałem zdjęcie – charakterem pisma spękanych i wypłukiwanych przez lata, deszcz, wiatr, słońce, drewnianych belek ściany mojego rodzinnego domu. Z radością zgłosiłem akces do wszystkich, ale dla pewności na adres dziekanatu wystosowałem formalne zapytanie – jak to ze mną właściwie jest? Wakacje trwały w pełnym rozkwicie i ja, w tej swojej radości i niepewności, musiałem trochę poczekać.

Przyjechałem podziwiając znane już nocne pejzaże, do znanego akademika „Mewa”. Zamieszkałem w 9-osobowym pokoju na wprost schodów, na pierwszym piętrze. W radyjku dziewczyna śpiewała po angielsku „To były piękne dni” i ja, pamiętam jak dziś, usiadłem na łóżku i patrząc na ścianę ze śladami kobiecych idących do sufitu stóp, solennie postanowiłem przeżyć te najbliższe pięć lat tak, abym z czystym sumieniem mógł o nich powiedzieć: to były piękne dni! Nie zawsze swoje uroczyste przyrzeczenia wypełniam w całości, ale tu słowa dotrzymałem. Dziewczyna nazywała się Mary Hopkin.

Pamiętam najlepszą korektę, najmądrzejszą, jestem pewien. Otrzymałem ją od prof. Pietkiewicza. Pracownia, większość dziewczyn, Cezary, który niedługo będzie otwierał drzwi do „Oficyny” gdzie na jedynej dostępnej prasie odbijam pierwsze linoryty, Kostek czyli Andrzej, czyli „Zielony Konstanty”. I Jurek. Jurkowi na parapetach pracownianych okien pokazywałem nutki. Został wybitnym i przystojnym barytonem. Więc martwe natury typu cebula, dzbanek, gitarka na jednej szmacie. Malowało się albo brązowe gęste sosy, albo, zwłaszcza dziewczyny, ostro, bardzo kolorowo, smacznie. Postimpresjonizm. Ja dziś jestem odważny i maluję płasko, używam tylko zieleni, czerwieni, bo dzbanek, czerni i bieli. Wszyscy patrzą na mnie i mój obraz jak na dwa dziwactwa. Przyjdzie stary, usłyszysz to i owo. Jest. Moja kolej. Stawiam pod ścianą, patrzy, pracownia przestępuje z nogi na nogę, zaraz się zacznie, i profesor nie podnosząc na mnie oczu powoli mówi: bardzo się cieszę panie Grabowy, bardzo się cieszę…

W ostatniej szkole uczono mnie zasad, na przykład, kompozycji. Nauczyciel Baryłko spoglądał na pracowicie przyklejony zestaw kolorowych papierków i mówił: pan, panie Grabowy, jeszcze tego nie uchwycił. Do egzaminu z geometrii, obchodząc łukiem wszystkie czarne koty, podchodziłem trzykrotnie. Nie byłem rekordzistą. Kobzdej, wykładowca, miał z nami swoje wielkie pięć minut, w jego katalogu jakości byliśmy na ostatnim miejscu, za studentami z Afryki których też bardzo cenił. Dziś o moich linorytach niektórzy piszą: „czysta geometria”. Nie muszę się zgadzać, ale nie jestem pewien czy aby na pewno chodzę po dróżkach przeznaczonych dla mnie.

Nie jest ważne z jakich powodów pisze się „Wariacje Goldbergowskie”. Naprawdę dobrym powodem jest bezsenność zamawiającego.

Ty – zachowując wszelkie konieczne proporcje – dłubiesz te swoje linoryty, bo chciałbyś po prostu zobaczyć takie, jakich jeszcze nie widziałeś.

Skąd wąsy? Skąd te wąsy? Pamięta, że kiedy w roku 1980 w telewizorach pojawił się człowiek z wąsami, jedna z sąsiadek którą szanuje i która go znała od lat, oparła się na kulach i jakby widząc pierwszy raz w życiu powiedziała: „ma pan wąsy jak ten dziarski ze stoczni”. Którego niedługo potem przestała szanować. Przestała wcześniej niż on. Była matką Maćka Kossowskiego. Pamięta, że trochę się żachnął, dla żartu, i mruknął, że „jeżeli już – to on ma takie jak ja”.

Więc po drugim roku pojechał na swój pierwszy szkolny plener do Kadyn. Z ostrzyżoną na łyso głową. Może dla wygłupu, a może myślał, że odrosną mocniejsze. Spotkał Kydryńskich i w drodze z kina trzymał dłoń dziewczyny w okularach. Nie golili się. Na zimowe święta przyjechał do domu z brodą. Pośmieli się i on usiadł przed lustrem. Kiedy zostały tylko wąsy pomyślał, że wygląda jak Janusz Mych z zespołu „Novi” i że wygląda śmiesznie. Był rok 1970. Równo dziesięć lat wcześniej.

Może niedługo będą świętować 50-lecie współżycia?

Z tomiku „Czarne na białym” 2010

płakałeś
nie mogłeś z nim rozmawiać 
był duży i miał padaczkę 
a ty się bałeś 
nie wiedziałeś co to 
i że nią ciebie postraszy 
sąsiad którego poznałeś 
w wieku lat dwóch trzech 
leżał na plecach 
z rękami jak do modlitwy 
i zapaloną patrzyłeś 
coraz krótszą świecą 
ta dziewczyna w stołówce 
do której machałeś ręką 
jej taki sam gest 
był przez lata 
najbardziej oczekiwanym 
gestem na świecie 
i która w skupieniu 
ze swojego talerza na twój zsuwała 
przeważnie kotlet mielony 
ojciec 
który czternastego stycznia szedł milczący 
drogą od krzyża 
jasną i taką srebrną nocą 
twój szkolny przyjaciel Stach 
co miał ładną siostrę 
i pewien akordeonista 
i których nie pamiętasz 
podziękuj 
wszystkim 
których spotkałeś 
może to oni napisali twój 
pierwszy wiersz

i obwód siedemdziesiąt 
i swoją młodą matkę 
takie pismo sportowiec 
i tak zwane możliwości 
ją obok 
głęboką wiarę 
siedemnaście lat 
kiedyś miałeś wszystko

Autoportret, albo list starego do młodego

Na początek słowo o wyższości młodego nad starym: z młodego jeszcze może coś wyrosnąć. Co może wyrosnąć ze mnie?

Nauczycielka wielu kompozytorów Nadia Boulanger powiedziała: co my, nauczyciele, możemy im dać oprócz przypomnienia tego, co sami sobą przynieśli… Nie znaczy to, że masz unikać zajęć ze swoim nauczycielem! Przeciwnie – wyciągaj od niego wszystko. Stale pytaj: jak? dlaczego? a może tak? a gdybym? Wiedz wszystko o każdej technice i w każdej wypróbowuj siebie. Jeżeli coś w Tobie jest – trafisz. Znajdziesz. Ruszaj w świat jeśli świat jest Tobie potrzebny. Jeśli daje coś, co zobaczysz w swojej robocie – nowe spojrzenie, oddech, drobiazg który Ciebie samego zaskoczy. Bo, pomyśl już dziś: czy warto siedzieć nad robotą, która Ciebie nie zaskakuje?

Jeśli nie – zaprzestaj. I patrz codziennie pod nogi wracając ze sklepiku. Ciesz się. Nie czuj się z tego powodu gorszy. Że nie spacerujesz po Taipei czy, powiedzmy, Krupówkach. Zobaczysz, mówię Ci, zobaczysz mur z tynkiem odpadającym w taki sposób i w takich miejscach, że sam byś w życiu nie wymyślił! Zobaczysz trzy patyki na drodze i zwykłe słońce w błocie pod nogami, rzucony cień wiosennego drzewa śliwki mirabelki z pierwszymi kwiatami i tych dwóch-trzech siedzących z piwem obok fachowo, na sztorc zgniecionych puszek. Tych, co wiedzą jak żyć. Masz chwilę czasu? Możesz zmienić świat! Przysiądź się. Wiedz, że każdy Twój rozmówca w czymś jest od Ciebie lepszy. Korzystaj. Nigdy nie będziesz wiedział od kogo dostajesz najwięcej. Wystarczy żebyś szedł. Zobaczysz tyle piękna aż pomyślisz, że nie wytrzymasz tego. Zatrzymuj się. Pamiętaj – artysta pracuje zawsze! Patrz w słońce. Patrz i szukaj siebie. Własnego charakteru pisma. Żebym spojrzał i wiedział. Żebym nie musiał czekać na napisy końcowe. Przecież nie uwierzę, że pomyliłeś z kimś Suberlaka, Fijałkowskiego, Hiratsukę, Maksymiliana, Wiesia, Marka, Jana, Nicolasa czy Celinę K. Znalezienie własnego charakteru pisma może zająć Ci trochę czasu. Ale nie ustawaj. A potem niech Ciebie nie zrażają słowa „artystów poszukujących” że wciąż robisz to samo. Tych, co biegają po wszystkich ogródkach i podkradają, znają wszystkie róże świata, więc stąd jedną, od drugiego jutro, codziennie nowy dzień. Ty pracuj na swoim. Konsultuj się z naturą – jak robił Cezanne – i kop głębiej. Wiedz, że tym samym charakterem można napisać donos i list miłosny. Wtedy na pewno i Tobie ktoś kiedyś powie: „wie pan, ja tu, dzień dobry, chodzę po wszystkich ogródkach świata, taki zawód, chodzę i zapisuję adresy, taki zawód, i pański już widzę z daleka, i cieszę się ze spotkania, bo choć pan i ja zmieniamy się na twarzy, to nie na tyle – przecież obaj wiemy, że na tej samej miedzy nie wyrasta co rok to samo źdźbło trawy – żebym nie wiedział, że to ogródek pana…” I tu powinno paść wypowiedziane przez niego Twoje nazwisko.

Zachowaj w sobie piękną możliwość zachwycenia się. Umiejętność. Pielęgnuj w sobie tę umiejętność. I pamiętaj słowa Stachury: „Poza tym jest taka sprawa, że gdziekolwiek by się pojechało, spotka się tam, gdzie się dotarło, przede wszystkim to, co się za sobą, to znaczy sobą, przywiozło. Jeśli przywiozło się sobą niewiele – tako niewiele się w drugim końcu świata spotyka. I tu nic nie pomoże”.  I jeszcze że książkę pisze wrażliwy umysł czytelnika. Ta wiedza będzie Tobie potrzebna na wystawach innych i wystawach Twoich. Żeby nie przyszło Ci do głowy oczekiwanie odczytania przez widza Twojego dzieła tak, jak sam go czytasz! Opowiedzieć bajeczkę? Więc dawno, dawno temu, za górami ktoś zrobił drzeworyt sztorcowy, bardzo piękny, kupiła go pewna słabo czytająca po polsku Angielka, przeczytała tytuł „Królowa śnieżków” i zobaczyła śnieg, zawieję jak u Lermontowa, królową owiniętą srebrnym szalem puchu, ach, a ona uwielbia zimowe święta i pisze list do autora z podziękowaniem za radość obcowania z tym dziełem. A autor natychmiast po angielsku, jest dobrze wychowany, odpowiada że zatytułował dzieło „Królowa śpioszków”, tak jest, i zawarł w nim to, to i to. Please look carefully! I zamieszał w jej głowie całkowicie. I ona nie wychodzi z kuchni, myśli że jest głupią Angielką i pewnie już zdjęła ten drzeworyt ze ściany.

Ja – pisząc do Ciebie, piszę o sobie – więc ja zawsze będę uważał, że ze spółki twórca – odbiorca równie ważnym, a może nawet ważniejszym artystą jest ten drugi i że moją wystawę tworzymy dziś, chcemy tego czy nie, wszyscy, wszyscy tu obecni. Czyli, krótko mówiąc, każdy z nas będzie miał to, na co zasługuje.

Pamiętaj: nie jesteś od odtwarzania świata. Nie po to zostałeś powołany. Możesz śmiało mówić słowami Jonasza Sterna: „Nie mam wątpliwości co do istnienia świata i nie muszę go kopiować”. Twoją powinnością nie jest opisywanie rzeczywistości którą widzisz, tylko świata, który jest w Tobie. „Maluję realną rzeczywistość duchową.” Wiesz kto to powiedział? Więc maluj. Własnym charakterem pisma. Mówiąc „charakter pisma” mam na myśli nie tylko kreski, ale wszystko co sobą nosisz.

Może jesteś grafikiem i może będą do Ciebie mówić używając słowa „artysta”. Nie przywiązuj się do tego słowa, którego znaczenie dla mnie wciąż nie jest do końca jasne, ale nie o mnie tu chodzi.  Rób to, co robisz, bo tu Ciebie – tak się życie ułożyło – postawiono. Staraj się pracować dobrze, z wykorzystaniem całej swojej wiedzy, intuicji i, jeśli go masz, talentu. Wiedz, że to wszystko jest potrzebne przy każdej robocie – szewc, krawiec, filozof, rolnik czy polska piosenkarka. Że w niczym nie jesteś inny i nic Ciebie nie wyróżnia. Oczywiście – tak było, jest i będzie – jeden robi buty bardziej wygodne, inny mniej. I nie o to chodzi żeby pasowały każdemu i na każdego. Na każdego ma pasować trumna. Drogi Młody Przyjacielu! Nie ma żadnej różnicy między dobrym grafikiem a, z całym szacunkiem, dobrym szewcem!

Pracuj nad grafiką tyle, ile uznasz za stosowne – godzinę, dziesięć albo pięćdziesiąt dni i nocy. Jesteś jej twórcą. Jesteś stwórcą! Robisz coś z niczego! Dostąpiłeś wielkiego szczęścia i łaski! To Ty mówisz słowa: „początek” i „koniec”. I niech do Ciebie nie ma dostępu złota myśl pewnej wieszającej obrazy na jutrzejszą wystawę Artystki, tak ją będę nazywał, która na moje szczere dla niej życzenie sprzedaży wszystkich dzieł odpowiedziała: „tak, ale ile powinnam za nie wziąć pieniędzy, skoro maluję jeden obraz cały rok, i jakiego obywatela na to stać?” Czyli powiedziała, że długo malowany obraz jest lepszy – więc i droższy – od malowanego krótko, czyli powiedziała, że najlepsze obrazy maluje mający czas pierwszy lepszy dureń…

Ty pracuj tyle, ile trzeba. I pracuj w „napięciu, w tym straszliwym napięciu”, bo inna robota jest bez sensu. Jakby bez tej Twojej grafiki miał się zawalić świat! Jeśli jeszcze tego nie wiesz – to wiedz, że będziesz wiedział. Jeśli siebie i widza traktujesz poważnie. Niech i Tobie spełni się marzenie Cybisa „żeby zrobić coś, czym ludzie nie przykryją mleka”. I wiedz to, co wiedziała starsza pani D: że nie istnieje żadne zdobyte doświadczenie, żadne nabyte umiejętności, że za każdym razem wszystko zaczyna się od początku – stawia się zawsze pierwsze kroki z niedołęstwem rocznego dziecka, że nic gotowego i zastanego.  Na pewno nie raz i nie dwa będziesz myślał, że w tym czasie mógłbyś wybudować sobie dom. A może, pomyśl, jest tak, że robiąc to, co robisz – właśnie go budujesz? I wiedz, że Twoja robota sama dla siebie nie istnieje. Że zaczyna życie dopiero z chwilą pojawienia się widza, słuchacza, odbiorcy. Ale pamiętaj: pierwszym odbiorcą jesteś Ty! Robisz takie grafiki jakich jeszcze nie widziałeś, a które chciałbyś zobaczyć! Robisz po swojemu, bo nie boisz się mieć własnego zdania. Nawet kosztem narażenia się na śmiech. Bo może tych, którzy się z Ciebie śmieją stać tylko na śmiech pusty?

W Twoim mieście na wernisażach Twoich wystaw, z Twoim winem na stole, wszyscy będą Ciebie poklepywać po plecach. Może będziesz znany w każdej tutejszej galerii – w „Triadzie”, na Długiej i, gdyby była Krótka, na Krótkiej. Jeśli mieszkasz w moim mieście Gdańsk. Będziesz gwiazdą. Będzie się nawet Tobie wydawało że jest dobrze, jest pięknie, jest tak, jak powinno być. Będziesz wiedział kto wystawił się przed Tobą i kto wystawi się po Tobie – to inne znane gwiazdy szanowane i kochane przez tę samą od lat widownię i tego samego gazetowego dziennikarza – a więc Wanda, Stefan, Marżolena, Stan i Banan. Przyjacielu – znowu mam kłopot z dochodzeniem do pointy – nie daj się zwieść! Niech nie omamią Ciebie byle błyskotki! Ty staraj się wysyłać siebie w świat. Do Wrocławia, Krakowa, Bangkoku, Kyoto i Taipei. Sprawdzaj się. Dawaj sobie tę możliwość. Możliwość porównania się z innymi takimi jak Ty. Najlepszymi. Z kraju i ze świata. Niech jedna nagroda GTPS nie będzie Twoją dożywotnią legitymacją! Więc pracuj i pamiętaj, że nic nie jest dane raz na zawsze. Raz na zawsze dostajesz tylko życie. Jednym słowem: nie życzę Tobie przynależności do tych o których, gdy się minie rogatki miasta, nikt, za przeproszeniem, nie słyszał, bo nie chcę – jak mówią w jednym z moich ulubionych filmów – słyszeć Ciebie. Ja chcę słyszeć o Tobie! 

Wiem. Patrzysz na mnie pytająco myślisz: co on tu, o czym i kto dał prawo? Że jakieś wystawy, parę nagród, wiek z którym, tak mówią, powinna chadzać mądrość? Że taka reguła? Jest reguła – są wyjątki… 

Druga bajeczka. „Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, jeden stary, łysy i ten wąs, włączył telewizor. Nie zwracał na niego uwagi, przymknął oczy i się, jak to stary, zdrzemnął. Śniła mu się, ach, śniła mu się równiutka jak stół łąka, i on śnił się na łące z grabiami i gołymi plecami, właśnie przystanął, pot ręką ociera, patrzy w dal – równiutko jak na stole i gdyby nie te krzaki, wie to, widziałby Amerykę – więc ociera i mówi do siebie: Boże mój, dziękuję żeś pozwolił mi się urodzić w tym moim Kopcu, przecież obaj wiemy, że nie ma nic piękniejszego niż piękny pejzaż równinny! I Bóg mu odpowiada prościutko i zwyczajnie: co ty, co ty Grabowy, drobnostka, przecież wiesz że każdy dostaje to, na co zasługuje. I rozmawiają ze sobą jak równy z równym, on się przy Bogu nie jąka, nic, pełna swoboda, luz i tylko rękami macha jak zwykle. Jest dobrze, jest pięknie, jest tak jak powinno być. Robisz dalej te kreski? – pyta go i zaraz sam odpowiada – przecież wiem, och, czasem zapominam że jestem Bogiem, też się chyba starzeję, więc rób, rób, w końcu nie każdy dostał własny charakter pisma, nie każdemu dałem aż tyle, niektórzy, to też wiemy obaj, wciąż szukają, dobrze, przynajmniej mogą nazywać siebie „artystami poszukującymi”, i w porządku, dobrze, każdy ma to, na co zasłużył.

Więc pięknie jest, równiutko i czysto, i tylko ten łysy coraz wyraźniej słyszy głos, który wydaje mu się nie jego głosem, owszem, ten głos mówi to samo co i on chciałby powiedzieć – gdyby umiał ładnie mówić – słowo w słowo, może tylko niepotrzebnie pada słowo „sztuka” i pada słowo „tworzę”, zupełnie niepotrzebnie, a poza tym tak! Wszystko się zgadza i wszystko do siebie pasuje! Głos nie mój, a myśli moje – mówi do siebie – rozumne i zwyczajne, słyszy: moja, przepraszam bardzo, praca artystyczna w niczym nie jest lepsza od pracy, z całym szacunkiem, szewca. Tak jest, tak jest, o to właśnie chodzi, tylko skąd on wie? On też to wie? To dobrze, dobrze, to świetnie, ale patrzcie, co to, co to, ten gadający, niestety, przynosi swoje obrazy ogromne, malowane dosłownie, bez poezji, bez powietrza, bez niedomówień, pompatyczne i siemiradzkie, i ciągle przy nich mówi, i wciąż mówi dobrze, mądrze, jak Boga kocham, i ten łysy z wąsami oko tu – ucho tam, słucha i widzi, słyszy i nie wierzy własnym oczom, i już nie wytrzymuje, się budzi, mignął mu jeszcze odpływający Bóg, On z uśmiechem grozi Boskim palcem, więc ten z wąsami się budzi i na cały głos jak nie krzyknie: chłopcy! Dziewczynki! Jeżeli już musi paść słowo „sztuka”, to pamiętajcie codziennie – sztukę należy robić, a nie o niej pieprzyć!”

Przyjacielu! Jeśli ze mną byłeś – już wiesz, że straciłeś czas. Czy, mimo wszystko, wysłuchasz trzeciej? Krótkiej. Też z moim udziałem. Proszę bardzo: nasza kętrzyńska mama jest z nami dziesiąty rok. Spotykamy się i widzi mnie przy sprzątaniu, zamiataniu, gotowaniu kartofli i patrzeniu w sufit. Artysta przecież pracuje zawsze. Rozmawiamy niewiele, ale czasem wspomina – lubię te wspomnienia – wileńskie dzieciństwo, młodość, wspólne śpiewanie z mieszkającymi niedaleko Stefanem Witasem i Beńką Ładyszem. I widzi mnie pochylonego nad grafiką albo rysunkiem. Daj spokój – mówi wtedy – znowu dostaniesz kręczu szyi! Kręcz nawiedza mnie często, bo pochylam się stale. Wmówiłem sobie, że jestem tyle wart, co zrobiłem dzisiaj.

I jest tak, że od czasu do czasu przychodzi nagroda. Wie o tym. A kiedy ja macham rękami i mruczę, że mogłyby wreszcie być z tego jakieś pieniądze, mówi: co ty Sławek, co ty, daj spokój, co ty, pieniądze przecież może mieć każdy dureń.

Mój Drogi Młody Przyjacielu! Nie życzę Tobie kręczu szyi i bolących od grafik – jeśli jesteś grafikiem – nóg! Życzę zdrowia i wielu nagród. I pieniędzy. Pamiętaj tylko – wątpliwości będą Tobie towarzyszyły zawsze. Co do formy, treści, jakości czy z której strony zacząć i kiedy powiedzieć „koniec”. Że w tym czasie za prawdziwe pieniądze mógłbyś przerzucić sporą górę cementu. Bo może będziesz zarabiał wprost proporcjonalnie do wzrostu. Jeżeli masz mój wzrost. Więc najbardziej życzę Tobie abyś od kogoś widzącego Ciebie przy robocie, mógł raz na jakiś czas usłyszeć w swoim domu tych kilka prostych słów: co ty (tu wstaw swoje imię), daj spokój i rób swoje, co ty, a pieniądze? Pieniądze może mieć każdy dureń…

A jeśli po latach będziesz miał wątpliwości czy aby to wszystko się Tobie opłaciło, życzę abyś na pytanie: czy warto było? – mógł odpowiedzieć szczerze i natychmiast – tak! Warto było!

Pozdrawiam Ciebie – Sławomir Grabowy

Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, marzec 2018.
„45 lat pracy 81 nagród i wyróżnień czyli malowany pędzlem, dłutem, nożem i słowem autoportret SŁAWOMIRA GRABOWEGO”

…ludzie to ja spójrzcie ja jestem tu przyszedłem urodziłem się dla was ja jedyny taki na świecie ja Grabowy w jedynym właściwym momencie każdy się rodzi w momencie właściwym więc jestem mimo trudności i tata musiał uciekać z niewoli w owiniętych szmatami butach przybyłem specjalnie dla was albowiem nic nie staje się bez przyczyny nic i nikt i oto jestem zapraszam otwieram ramiona szeroko wejdźcie i korzystajcie jedzcie i pijcie można całować po rękach śmiało tak jest nigdy więcej mnie już nie będzie po godzinach lokal nieczynny więc dziś tylko dziś zapraszam wszystkich jasnych i ciemny blond kasztan kobiety mężczyzn i dzieci non stop dopóki słońce świeci dopóki widzę słońce dotykajcie mnie gładźcie po włosach po to się urodziłem raz w życiu ja ty on albowiem każde narodziny kończą się śmiercią i nikt nie wie czy życie jest warte trudu aby je przeżyć więc gładźcie mnie tu i teraz mówcie dobre słowa ach no wie pan nie spodziewałam się gratuluję nie trzymajcie tych słów w zamknięciu śmiało i bez krępacji dziś dziś dopóki jestem z tym słońcem bo potem bo potem żebyście nie żałowali nie mówili nawet nie porozmawiałem taki chłop czy coś podobnego i 81 mu dali coś podobnego żebyście najlepiej potem już nic nie mówili po zachodzie słońca nie chodzili na kwaterę czterdzieści dwa z grabkami i wzrokiem zamyślonym bo tak jest do twarzy nie dziś mi mówić z lekkim uśmiechem i miłością w oczach ja dziś dla was rozkładam ręce i nogi bierzcie mnie jestem cały wasz jutro ach jutro zajdzie słoneczko skryje się za mgłą co czeka za rogiem mówię żebyście nie żałowali dzisiaj jutro zawsze nie chcę nie potrzebuję od was nic moje wystawy pośmiertne będą interesowały mnie słabo więc po zachodzie nic won żadnych oczu zapłakanych deszczem ja po to przyszedłem żeby dać wszystkim szansę możliwość pokochania tu i teraz czekam i ten linoryt 45 lat no ile jeszcze więc mówić mi dziś bo potem już nic i można pluć w brodę koniec kropka koniec…